Taki mały gwałcik

Widok wystawy Aliny Szapocznikow w Zachęcie, 1999 archiwum Zachęty Narodowej Galerii Sztuki
5 października tego roku w Museum of Modern Art w Nowym Jorku odbyło się sympozjum poświęcone Alinie Szapocznikow. Sympozjum było wydarzeniem towarzyszącym dopiero co otwartej tam wystawy artystki. Do udziału zostały zaproszone (same kobiety, co ciekawe): Joanna Mytkowska, Elena Filipovic, Paulina Ołowska, Anda Rottenberg, Agata Jakubowska, Griselda Pollock i ja.

Swoją prezentację rozpoczęłam od pokazu pracy "Diwa. Reinkarnacja" (Diwa. Reinkarnacja on-line), a zakończyłam fragmentem filmu Heleny Włodarczyk "Ślad" (fragment od 8:05 do 8:55)



Dlaczego Diva?


Może dlatego, że czasem widzę artystkę (siebie, ją) jako taką sztuczną lalkę wystawianą na pokaz, której w gardło wkłada się jakąś inną melodię. I czasem jest to melodia zepsutej lalki.
Pozbawiając artystkę kontekstu, „sprzedając” (w sensie dosłownym i nie tylko) na wystawach i do kolekcji czasem wyłączamy w jej gardle głos.

Alina Szapocznikow była rzeźbiarką - i to właściwie chyba jest jedna rzecz, która nas może łączyć. A może jeszcze inaczej: Alina Szapocznikow studiowała rzeźbę. Kilkadziesiąt lat później ja również.

Szapocznikow nigdy nie była w Polsce nieznana. Jej prace były w kolekcjach, co kilka, kilkanaście lat miała większą wystawę „przywracającą jej twórczość”. Oczywiście, była znana raczej fachowcom: historykom sztuki, krytykom i tym którzy interesowali się sztuką. Nie była to popularność a la Magdalena Abakanowicz – nieustannie podkręcana przez prasę, żyjąca i aktywna na wielu polach, także autopromocji artystka.

Gdy studiowałam rzeźbę – II połowa lat 80. - nie miałam szans, by nie znać Szapocznikow. Nawet będąc wychowaną w Austrii i Niemczech, mieszkając w Polsce tylko kilka lat, chcąc studiować rzeźbę – po prostu musiałam ją znać.

Znałam jej rzeźby i właściwie nigdy nie lubiłam tego, co robiła. Wydawało mi się (i czasem ciągle wydaje) oglądając jej prace na jakiś wystawach zbiorowych, że ociera się o kicz. Fragmenty wywiadów, które czytałam czy też widziałam na filmach z Szapocznikow przyprawiały mnie o dreszcze. Była piękną kobietą, świadomą swej urody i przekonaną o tym, że aby coś powiedzieć, zrobić, dokonać w świecie musi tego „użyć” brrrr… Ale może takie były czasy? Ja w każdym razie jestem brzydką kobietą i mogę, lecz nie muszę tego używać.

Po raz pierwszy wytrąciła mnie z tego przekonania wystawa w Zachęcie w 1999 roku, której kuratorką była Anda Rottenberg. Wtedy zobaczyłam Szapocznikow w jakimś kontekście – kontekście jej choroby.


Prace Szapocznikow pokazane wśród szpitalnych parawanów i w lekarskich gablotach zyskały dla mnie nowy wymiar. Ktoś – Anda – miał odwagę pokazać je inaczej, nie tylko jako muzealne obiekciki w neutralnej, pięknej, galeryjnej przestrzeni. Kiczowate lampki – usta postawione na biedermaierowskich, równie kiczowatych, mebelkach nagle straciły tę kiczowatość, czy też została ona tak „przegięta”, że stała się dramatyczna. 
Wydaje mi się, że wśród fachowców ta scenografia nie zyskała uznania. Mówiono, że Anda przegięła, że to epatowanie chorobą, narzekano na dosłowność... Fachowcy widać woleli mdłe i grzeczne ustawienia na kubikach – „bo to wielka artystka jest”. W ten sposób ta wystawa chyba była pokazana w kolejnych już odsłonach przez innych kuratorów m.in. w Muzeum w Krakowie.


Dlaczego mi się tak podobało ustawienie Andy? Pewnie też dlatego, że świeżo byłam po "Olimpii", po tym jak sama upubliczniłam swoją chorobę, nadając jej formę dzieła sztuki, zresztą odwołując się do innego dzieła. I też usłyszałam, że to kicz, epatowanie chorobą przesada.


Ale na pewno też dlatego, że lubię widzieć dzieło podane w jakimś kontekście, mocno, nie-neutralnie, dzieło za pomocą którego artysta nie stara się „wkupić w łaski krytyka”, przypochlebić widzowi, ale zmusza ich do odpowiedzi i zajęcia stanowiska.

Jak jest w Momie?
Ekspozycja składa się z powyciąganych z zakurzonych kątów obiekcików - np. rękawiczka gumowa w kolorze różowym trzymająca pędzel. Całość obfajdolona tworzywem sztucznym i ustawiona na podeście.
Nieprawdopodobne… Te kiczowate usteczka wszystkie w gablotce szklanej, jak w butiku pedalskim, masa fatalnych rysuneczków oraz małych objekcików przy których wiszą karteczki z nazwiskami jakichś nieznanych kolekcjonerów. Tak wygląda CAŁA wystawa, która mieści się, nie na głównych salach, ale jest nadźgana w kąciku i poprzedzielana sztucznymi ściankami, żeby się więcej zmieściło.
Wystawa chyba nie jest wystawą Aliny Szapocznikow tylko opowieścią o tym, w jaki sposób kolekcjonerzy i instytucje "posiadają" artystów i sztukę oraz jak przez to kolekcjonerzy próbują "posiąść" instytucje a "instytucje" kolekcjonerów…

Nie załączam zdjęć z wystawy, ponieważ był zakaz fotografowania tej ekspozycji…

Update: Zainteresowanych tematem odsyłam do ostatniego numeru "Przekroju" i rozmowy z Moniką Fabijańską, o tym jak utorowała Szapocznikow dostęp do MoMA. Dostęp do tekstu w internecie, niestety jest płatny...
Trwa ładowanie komentarzy...